Święta Bożego Narodzenia. Przygotowuję obiad i kolację. Zaraz przychodzą goście. Plan rozpisany co do minuty:

7.00 indyk do piekarnika.

7.45 idę na Eucharystię.

9.30 wołowina do piekarnika.

9.30 sałatka do obiadu.

10.00 druga sałatka do obiadu.

11.00 sałatka na kolację.

12.00 druga sałatka na kolacje.

12.30 przygotowanie stołu do obiadu, itd.

Plan…

Tak u mnie wygląda plan jak mam gości, więcej niż 10 osób, przez cały dzień. Zazwyczaj do pomagania w kuchni zapraszam dzieci, ale nie w takich dniach, gdzie czas mam wyliczony co do pięciu minut. Wtedy lubię w kuchni być sama, bez dzieci, pracuję w skupieniu i zgodnie z planem. Pojawienie się dziecięcych pomocników zazwyczaj ten plan mocno modyfikuje.

I stało się coś czego się obawiałam. W kuchni pojawia się młodsza córka Zosia wesoło stwierdzając: „Mamo, pomogę Ci” i z energią wkracza do pracy. „Co mam robić?” pyta zanim zdążę cokolwiek jej odpowiedzieć.

„O nie!”, myślę sobie. „Nie teraz!”. „Nie dzisiaj!”. W głowie mam gotową odpowiedź, układaną od siódmej rano, właśnie na wypadek takiej sytuacji: „Wiesz, Zosiu, pomożesz mi następnym razem, bo dzisiaj bardzo się śpieszę, ba zaraz przyjdzie wujek, potem przyjedzie drugi, przyjdzie babcia, a ja tutaj mam wszystko już zaplanowane. Pomożesz mi jutro, ok?”.

Zmiana…

Jednak w ostatniej chwili coś mnie tknęło, żeby tego nie mówić, żeby jej pozwolić mi pomóc, kosztem prawdopodobnie rozbitego planu, a w konsekwencji może i opóźnień, więc mówię: „Dziękuje Ci słońce, że chcesz mi pomóc. Może pokroisz rzodkiewkę? O tak. Dasz radę?”.

I Zosia z radością pokroiła rzodkiewkę, potem ogórka, potem coś jeszcze, a potem, kiedy praca szła naprawdę sprawnie, usłyszałam:

„Mamo, lubię Ci pomagać, bo jak Ci pomagam, to jestem blisko Ciebie i Ty mnie kochasz”.

Nogi się pode mną ugięły, łza zakręciła w oku, „przecież to tylko zwykłe pomaganie” myślę sobie, ale widać dla dzieci ono już nie jest takie zwykłe.

Lekcja…

Wyczytałam już, chyba u Jesper Juul’a, że dzieci bardzo chcą pomagać, że wtedy czują się potrzebne, że dobrze jest ich do pomagania zapraszać, i ja często tak robię.

Do dzisiaj myślałam o pomaganiu jako o zwyczajnej czynności. Nie spodziewałam się, że dla dziecka takie pomaganie to budowanie bliskości, to budowanie miłości. To nie jest zwykłe pomaganie, to nie jest tylko uczenie się różnych rzeczy, to jest przede wszystkim bycie blisko, bycie z rodzicem, to jest zbieranie uśmiechów, ciepłych gestów, spojrzeń pełnych uznania, radości, wdzięczności, kolekcjonowanie głasków, dotyku, przytuleń, docenienia, zachwytu.

Pomaganie nabrało dla mnie innego znaczenia. To, że ja pozwalam dziecku sobie pomagać, dla niej jest informacją o mojej miłości. Od tego Bożego Narodzenia dla mnie pomaganie dzieci to miłość w działaniu.

Pozwólmy dzieciom sobie pomagać. To przyzwolenie na to, by po prostu w kolejnym codziennym trudzie rosła w nas miłość.

Wkrótce druga lekcja od starszej córki, którą dostałam w Święta Bożego Narodzenia…