Zosia już prawie zasypia. Głaskam po główce. Już widzę, że to jest ten moment, kiedy senność zwycięża. Jeszcze kilka głasków i usypianie zakończone. I nagle… Jak błyskawica na niebie, tak oczy mojego dziecka szeroko się otwierają i patrzą na mnie przenikliwie. Zaraz potem pada pytanie:

„Mamo, czy Ty się cieszysz na mnie?”

Patrzę na nią półprzytomna i zastanawiam się o co chodzi?, i skąd właśnie w tym momencie takie pytanie?, a jaka konstrukcja stylistyczna…

„O tak, bardzo się cieszę na Ciebie. Bardzo Cię kocham, i bardzo się na Ciebie cieszę. Jesteś moją wielką radością i codziennie dziękuję Bogu, że mi Ciebie dał. Ciebie i Kasię” odpowiadam.

Potem przez kilka dnia analizowałam, analizowałam, i znowu analizowałam i jeszcze analizowałam (bardzo lubię analizować) skąd to pytanie.

Naszła mnie myśl, może moje dziecko, nie czuje we mnie radości z tego powodu, że ją mam…, albo w ogóle nie czuje, nie widzi, nie słyszy radości we mnie…?

Trudne to dla mnie stwierdzenie, bardzo konfrontujące, ale nie pierwszy to raz, kiedy moje dzieci konfrontują mnie z samą sobą. Zresztą uwielbiam te ich pytania, nie ma tam nic ze złośliwości, uszczypliwości, tylko czysta, szczera ciekawość. I te refleksje, które jak lustro, mobilizują mnie do przyglądnięcia się samej sobie.

Tak, za dużo ostatnio narosło napięcia w naszym domu, pracy, mnóstwo działania na co dzień, wyjazdy, zjazdy, imprezy rodzinne, zakupy, bieganie, praca, i wiele innych. W tym wszystkim można zgubić radość, radość z dzieci, radość z życia, radość z bycia razem, z bycia rodziną. Tak, może na chwilę zgubiłam radość z moich dzieci…

Dlaczego radość jest taka ważna?

Zaczęłam się zastanawiać. Radość to podstawowa emocja, z którą rodzi się każdy człowiek. Nie możemy jej nie mieć w sobie, za to możemy się jej pozbawić. Bodźcem do okazywania radości jest poczucie sukcesu, coś co zrobiliśmy, osiągnęliśmy, mogą to być małe i duże rzeczy. Instynktowną reakcją każdego człowieka na odczuwaną przez nas radość jest rozszerzanie jej na zewnątrz, a społeczną potrzebą jest poszukiwanie możliwości dzielenia się radością z innymi.

Jeśli zatem moja córka nie czuje radości we mnie, czy to znaczy, że się nią nie dzielę?

Czy to raczej oznacza, że nie mam jej w sobie w ogóle?, więc nie mam się czym dzielić?

Czy może nie widzę w moim życiu „sukcesów”, bodźców, które budują moją radość we mnie samej?

Hm… trudne to pytania, ale jak cenne mogą być odpowiedzi.

Okazywanie radości

Z pewnością mam radość w sobie z powodu moich dzieci. Tego jestem pewna na pewno. Są moją wielką radością. Jak im zatem to okazać?

Czy rano, kiedy idę budzić moje dzieci, cieszę się na nie? I ta radość nie gaśnie nawet wtedy jak pięć minut później jest awantura o skarpetki…

Albo, gdy przybiegają do mnie czy nasz dzień zaczyna się od radości z tego, że siebie mamy? Od przytulasów, buziaków i porannego tańca radości?

Czy popołudniu, kiedy odbieram je ze szkoły czują moją radość ze spotkania z nimi? Czy może widzą mamę, która wpada z telefonem przy uchu i je popędza, by zdążyć na kolejne zajęcia?

Albo jak jesteśmy ze  sobą cały weekend to czują radość z bycia razem, ze wspólnego czasu? Czy więcej w nim napięcia, krzyków, nieporozumień, niezadowolenia i wzajemnych oskarżeń?

Od tamtego wieczoru, niemal co dziennie pamiętam o tym pytaniu, i na miarę moich możliwości, okazuje dzieciom radość z tego, że je mam. Cieszę nimi i z nimi. Patrzę w ich oczy i z całych sił staram się, aby odczytały radość w moich oczach. I sama sobie zadaje pytanie: „Czy ucieszyłam się dzisiaj na moje dzieci? Czy ucieszyłam się dzisiaj na siebie, na innych, na świat?”