Pierwsza klasa. Uczyłam się czytać. Czytałam nieźle, tylko znaki interpunkcyjne mi przeszkadzały. Jak do nich podejść?, po co ten przecinek i kropka? I co mam krzyczeć, jak jest wykrzyknik? Bez sensu. Do nauki wkroczył tata.

„Skakanie sprawiało jej wielką radość. Kropka” – czytam.

„Czy pisze tam kropka?” – pyta tata.

„Nie” – odpowiadam.

„To po co to czytasz?” – pada suche pytanie.

„Żebyś wiedział, że jest kropka” – odpowiadam już z niepokojem.

„Czytasz tylko to, co pisze. Kropka to znak interpunkcyjny i masz zrobić przerwę” – brzmiał groźny ton.

Zaczęłam się bać. Tata zazwyczaj nieobecny, nagle zrobił się obecny za bardzo. Byłam mała, ale teraz zrobiłam się jeszcze mniejsza. Nawet lampa ze strachu gorzej świeciła. Chciałam przestać czytać.

„Czytaj dalej” – brzmiał rozkaz.

Nie miałam odwagi, by się sprzeciwić. Strach wypełnił każdą moją komórkę. „Jaki kolor ma ta piłka? Pytajnik” – czytam dalej i powtarzam swój błąd.

„Czy tam pisze: pytajnik?” – padło groźne pytanie.

Bałam się tak bardzo, że ze strachu czytałam wszystko, co widziałam. Po prostu zgłupiałam.

Kolejny dzień. Słyszę głos ojca z drugiego pokoju. Strach znowu się rozgościł. Czytam. Ogarniam się. Nie dam się. Nie zgłupiałam. Pokaże mu, że umiem, żeby mi dał spokój, żeby odzyskać radość. Czytam dobrze. Znaki interpunkcyjne już mi nie przeszkadzają. Ojciec brzmi spokojnie. „Dobrze, tak trzeba czytać” – mówi.

A ja nie wierzę, że to słyszę.

Czytałam najlepiej i najładniej w klasie.

Czytam moim dzieciom. Dzwoni przyjaciółka, specjalistka od dykcji.  Czytam jej kawałek bajki. Mówi: „Ewa, jak Ty ładnie czytasz”. „Tata mnie nauczył” – odpowiadam odruchowo. Przed oczami pojawia mi się cała scena. Serce szybciej bije, myśli szybciej krążą, organizm mobilizuje się do walki lub ucieczki. Strach pozostał, zapisał się we wspomnieniach, w ciele, wciąż jest żywy, po tylu latach. Czy było warto…?