Uwielbiam ten moment, kiedy wchodzę rano do pokoju dzieci i je budzę. Głaskam po główce, buzi, nosku, rączkach, daję buziaki w czółko i mówię: „Dzień dobry aniołku. Już jest dzień, wstajemy”.

Dla odmiany są też i takie dni, i jest ich wiele, kiedy budzą się same, wtedy witam ich tymi ciepłymi słowami biorąc na ręce, gdzieś pomiędzy pokojem a kuchnią.

Są też takie dni, gdy dziecko budzi się w złym humorze: najpierw jest płacz, a dopiero potem otwierają się oczy. Wtedy cały poranek jest do bani. Wszystko jest złe – rajtuzki, spódniczka, bluzka, leginsy, skarpetki, buty, które od września były ulubione, nagle są nieulubione. Myślę wtedy jak zagospodarować moją energią, by moje 100%, które mam na cały dzień, nie zużyć na poranek, bo co potem? Skąd wezmę potrzebną mi porcję energii na resztę dnia, w którym tyle zadań i celów?

I taki był dzisiejszy poranek. Wszystko było nie tak. Zamiast „dzień dobry aniołku”, było „łeeeee”, „mama chodź tutaj”, „nie, idź stąd, ja sama” „nie pasiuje mi”, „to jest zła bluzka, czego mi taką dałaś?”, „sama ubiorę”, „nie! nie umiem, pomóż mi”. Sama się pogubiłam w sprzecznościach mojego dziecka, a co dopiero ona…

Gdy dziecko budzi się w złym humorze…

Balansując na granicy – złości i spokoju, kiedy już wszystkie zwroty, typu „wiem, że się denerwujesz, widzę, jak cię to złości, rozumiem, że można czuć się źle, gdy….”, a przytulenie, najlepsza jak dotąd u nas metoda, działała tylko na chwilkę… Kiedy stojąc nad dołem, zwanym bezradnością i opadem rąk, brakiem pomysłów w gąszczu wszelakich metod, z „odklejoną, od reszty mózgu, korą nowa u mojego dziecka”, a niebawem także i u mnie, zadawałam sobie pytanie: i co dalej? Co robić? Patrząc na ten poranek jak na film, przesuwający się klatka po klatce, zmierzający niestety ku nie najlepszemu zakończeniu, pomyślałam, a gdyby zacząć jeszcze raz…?

Zacznijmy jeszcze raz…

Tak, to na ten moment chyba najlepszy pomysł! Wdarłam się pomiędzy jedno a drugie „Łeeee” mojej córki i mówię:

„Zosiu, chyba nie najlepiej zaczął się ten dzień. Widzę, że płaczesz, że się czymś denerwujesz”.

„Tak”, pochlipuje Zosia.

„Ja się denerwuję, że Ty się denerwujesz. Może zacznijmy ten dzień jeszcze raz, co?”

„Tak” – Zosia z ciekawością patrzy na mnie. Ja ciągnę dalej:

„Połóż się na łóżku, zamknij oczy, ja przyjdę do Ciebie i powiem „ Dzień dobry aniołku, wstawaj, już jest dzień”, a Ty z uśmiechem powiesz: „Dzień dobry mamo”. I zaczniemy ten dzień od nowa, bez płaczu, ok?”

„Ok” – mówi Zosia, bardziej zaciekawiona niż przekonana.

Ale…., zadziałało!! Naprawdę zadziałało! Co prawda uśmiechu na buźce mojego dziecka jeszcze nie było, ale skończył się płacz, rozpoczęła współpraca, ze spokojem ubrałyśmy się i wyruszyłyśmy do przedszkola, po drodze pojawił się już uśmiech.

A ja zdołałam uratować z 80% mojej energii na dobrą resztę mojego dnia. Może i Wam się przyda taki pomysł, gdy dziecko budzi się w złym humorze, w krytycznej sytuacji, kiedy nic już nie pomaga, nazwę go: „Zacznijmy jeszcze raz…”