„Ciociu!! Ciociu!! Bo Kasia dostała dzisiaj czarną kropkę!!” – krzyczy w szatni koleżanka z grupy, jak tylko mnie zobaczyła.

Od września w przedszkolu jest system kropkowy. Czarna kropka oznacza, że dziecko coś zbroiło, w żargonie przedszkolnym oznacza to, że była „niegrzeczna”. Tak nie lubię tego słowa, nigdy tak nie powiedziałam do moich dzieci, że są grzeczne lub niegrzeczne, naprawdę ani jeden raz, ale w przedszkolu mówi się tak codziennie. Nie wygram z tym…

Potem jest żółta kropka – to znaczy, że dziecko dostało jakieś ostrzeżenie i w pewnych sytuacjach nie słuchało Pani.

I jest też zielona kropka – jak dziecko słuchało i było „grzeczne”.  Zosia przyniosła dziś dwie zielone kropki, daje mi je i mówi: „byłam dziś super grzeczna”. Ech, moje starania by nie używać tych przymiotników poszły na marne.

Narodziny złości

Przychodzi Kasia. Płacze. Daje mi czarną kropkę. Widzę, że jest i zła i smutna. I tyle jeszcze w niej emocji, których nie umiem wyłapać. To jej pierwsza, a może druga czarna kropka. Nie robię z tych kropek żadnych nagród ani kar. Nic. Chowam je do kieszeni i tyle. Kasia pokazuje mi tę czarną kropkę. Pytam: „Co się stało, że dostałaś czarną kropkę?”.

Rozpłakała się jeszcze bardziej i chce na ręce. Podarła ją na drobniutkie strzępy. Tam w środku niej musi być kocioł przeróżnych emocji.  Przytulam. Hm, nic się od niej w takim stanie nie dowiem. Mówi coś do mnie, ale nic nie rozumiem. „Dobra”, myślę sobie „musi się uspokoić, pogadamy w domu”. Ale coś musiało się stać, że tak strasznie płacze, za mocno to przeżywa, jak znam moją córkę. Leci na górę, do swojej sali. Wraca po chwili z jeszcze większym płaczem. Oj, naprawdę wielkim płaczem i ogromną złością.

Przez jej łzy łapię co drugie słowo: „Nie lubię Pani E!”.

A Pani E. to jej najukochańsza Pani w przedszkolu i w ogóle w jej 6-letnim życiu. Żadnej Pani tak nie uwielbia. Kiedyś jak Pani E. była chora i nie było jej cały miesiąc, to powiedziała, że nie będzie chodzić do przedszkola, bo nie ma Pani E., i że bardzo za nią tęskni. Dlatego bardzo się zdziwiłam usłyszawszy, że nie lubi Pani E.

Płacze dalej. W końcu krzyczy: „Nie lubię Pani E, Pani E jest głupia!!”

Eksplozja złości

Przypomniały mi się i piętra w mózgu, i nazywanie uczuć, i przytulenie i kontakt by dziecko uspokoić. No więc, najpierw uspokoić. Pamiętam słowa H. Ginotta: „Dzieci źle się zachowują, bo źle się czują”. No, tak, moja Kasia na pewno źle się teraz czuła.

„Mówię: „Kasiu, widzę, że jesteś zła na Panią E”.

Kasia na to: „Pani E jest głupia!”.

Ja ciągnę: „Ty naprawdę jesteś na nią zła, skoro tak mówisz, bardzo, bardzo jesteś zła”.

Kasia: „Bo Pani E nie dała mi kart piłkarskich, a to były moje!!” i płacze dalej. „Położyła na swoim biurku i nie chce mi ich dać, a to są moje!!”

Ja na to: „To jesteś zła i na Panię E i na to, że nie masz kart, a bardzo pewnie je teraz chcesz mieć”.

Na co Kasia na cały głos: „Chcę się wypisać z tego przedszkola!!”.

A ja „no wiem, jak się jest takim złym, to nie ma się ochoty chodzić do takiego przedszkola. To poszukamy innego, bo do jakiegoś musisz chodzić. 6-latki muszą chodzić do przedszkola”.

Kasia: „Ja chce iść do szkoły!”.

Ja: „no tak, ale to dopiero po wakacjach”. Płacze dalej.

Mówi do mnie: „Mamo, idź poproś o moje karty piłkarskie”.

I nie wiem co zrobić, bo z jednej strony nie powinnam się wtrącać, bo to sprawa pomiędzy Kasią a Panią E, a z drugiej strony tak strasznie mi przykro patrząc na nią.

Mówię: „Kasiu, nie mogę poprosić o twoje karty. Pani E tak zadecydowała i musimy to uszanować”. Płacze jeszcze bardziej. Moje matczyne serce nie może tego znieść, choć rozum podpowiada, że nie powinnam iść.

O złości nauczycielki

Serce wygrało. Idę. Z Kasią. Pukam. Zachęcam Kasię, by powiedziała co chce. Kasia w szloch. Pani E zdenerwowana mówi: „Kasiu nie dam Ci kart” i do mnie „Nie dam jej tych kart. Nie słuchała mnie cały dzień. Jak wychodziła pytałam się jej czy ma wszystko, powiedziała, że ma i trzasnęła drzwiami. Nie dam Pani kart, bo mnie nie słuchała”.

Mówię: „wiem, słyszę, przyszłam, bo dziecko mnie o to poprosiło”. Pytam: „Nie chce Pani dać jej tych kart, bo trzasnęła drzwiami, czy dlatego, że jest Pani na nią zła?”

Pada odpowiedź „jestem na nią zła, bo nie słucha mnie cały dzień. Serce mnie boli i mówiłam to Kasi”.

Pani E woła Kasię, która schowała się na korytarzu. Bierze ją do sali i rozmawia. Widzę, że Kasia nie bardzo ma ochotę, odwraca się i nie chce słuchać. Kasia jest na „parterze” swojego mózgu, „piętro” jest odcięte żadne argumenty i wyjaśnienia do niej nie trafią. Potrzebuję ją stąd zabrać, jakoś ochronić i załatwić po swojemu, czyli jak się uspokoi i będzie gotowa rozmawiać.

Mówię do Pani E: „Proszę już ją puścić, już wystarczy tych rozmów”.

Idziemy do szatni. Kasia płacze cały czas: „To moje karty, to nie fair że Pani E nie chce mi ich dać”.

I ja rozumiem to moje dziecko. To potrzeba własności. Potrzeba decydowania o tym, co jest jej. To naruszenie granic „to moje karty, czemu mi je zabierasz?”.

Ja też nie lubię jak ktoś narusza mi moją własność. Bardzo nie lubię. Przypomniało mi się jak moja mama, dawała moje skarpetki mojemu bratu, bez pytania mnie o zgodę, bo ten swoich nie mógł znaleźć. O jak mnie to wkurzało, a taki drobiazg. Rozumiem też Panią E, bo wiem, że Kasia potrafi nie słuchać, pokazywać swoją niezależność, testować wytrzymałość i cierpliwość. Wiem, że można się na nią zdenerwować, sama nie raz się denerwuję.

Jak to rozwiązać?

Jak to rozwiązać nie osądzając nikogo, a pokazując dziecku mechanizm i spiralę, która się nakręciła? Kasia dalej płacze, już bez złości, bardziej słychać żal i rozgoryczenie: „Czemu Pani E nie chce dać mi tych kart, już przecież ją słucham”.

„Tak Kasiu, teraz ją słuchasz. Przez cały dzień jej nie słuchałaś i ta złość nagromadziła się w Pani E i jest jej teraz tak dużo, że Pani E nie da Ci tych kart. To tak jak w domu czasem mamy, że nie słuchasz mnie. Kilka razy coś powtarzam, ja jestem spokojna, a potem się denerwuję i np. krzyczę na Ciebie, bo mi się tej złości za dużo nagromadziło”.

Słucha, przestaje płakać. Choć żal i smutek pozostał. Ubieramy się. Wychodzimy z przedszkola. Zakupy. Dom. Jadę na spotkanie. Wracam. 20.30, a te gwiazdy dwie wymyśliły malowanie paznokci, bo jutro idą na urodziny, więc jak one pójdą w niepomalowanych paznokciach? Też se przypomniały. Kurcze, prezent trzeba jeszcze kupić. Malujemy te paznokcie. Kasia zadowolona, zagaduje ją:

„Kasiu, powiedz mi, co się stało, że dostałaś czarną kropkę? Bardzo chciałabym wiedzieć.”

Kasia: „Bo nie słuchałam Pani”.

„To powiedz mi, co zrobiłaś, że nie posłuchałaś Pani?”

Kasia: „Bo weszłam na stół  i Pani powiedziała, żebym zeszła, a ja weszłam jeszcze bardziej na środek”.

„Aha, i co jeszcze zrobiłaś?”

Do łazienki wparowała Zosia i przerwała nam rozmowę. Też ma wyczucie.

„Wanna” na złość i inne uczucia

Czytamy książeczki w łóżku. Pomyślałam, ze już nie będę pytać co jeszcze zrobiła, na pewno coś jeszcze zrobiła, bo za jedno „nieposłuchanie” nie dostała by czarnej kropki. Ale nie będę się nad nią znęcać jak kat nad ofiarą. Potrzebuje jakoś zamknąć to zdarzenie. Pytam się:

„Kasiu, a powiedz mi jesteś jeszcze zła na Panią E?”

Kasia: „Nie. Już nie”.

Ja: „Już lubisz Panią E?”

Kasia: „Tak, już lubię” I przytula się do mnie. „Ale Pani E jest na mnie zła”, mówi mi.

A jednak dziecko widzi, czuje i przeżywa. Pewnie boi się, że Pani E już jej nie lubi, nie chce, nie będzie przytulać, boi się, że straciła to wszystko, co jest dla niej ważne.

Ja: „Tak Kasiu, Pani E zdenerwowała się na Ciebie dzisiaj. Było jej też bardzo smutno. Wiesz Kasiu, dorośli też się denerwują i czasem ta złość się z nich wylewa, jak mają jej w sobie za dużo”.

I tu przyszło mi do głowy porównanie „bo każdy z nas ma w sobie taką wannę na złość i jak tej złości jest za dużo to się z tej wanny wylewa. Bo to jest tak jak z wodą. Woda czyli złość leje się do wanny i leje, i może się jej nalać bardzo dużo, i wanna dużo tej złości przyjmuje, ale czasem jest jej tak dużo, że ta wanna może pęknąć i wtedy zaczynamy się denerwować np.: tak jak ja mogę na Ciebie krzyknąć, albo „nie chcesz dać mi buziaka” wtrąca Kasia (no, piętro jej mózgu uaktywnione). „Tak” odpowiadam. „A ta woda to może być też takie porównanie do dzieci, które nie słuchają Pani, i jak dzieci nie słuchają i nie słuchają i Pani mówi i prosi, to wówczas to wanna na te uczucia, którą Pani w sobie ma, może  pęknąć i Pani się denerwuje”.

Dlaczego trzeba słuchać nauczycielkę?

„A powiedz mi Kasiu, czy to było dobre chodzić po stole?”,

„Nie” mówi mi.

„Popatrz Kasiu, a gdybyś z tego stołu spadła i złamała sobie nogę albo rękę? To jest bardzo niebezpieczne chodzić po stole. Jak by Ci się coś stało to ja przyszłabym do przedszkola i okrzyczałabym, a wiesz kogo?”

„Panię E”, mówi Kasia. „Tak, bo powinna Cię pilnować a Ciebie nie upilnowała. Ja bym się wtedy zdenerwowała i powiedziała: „Jak pani mogła do tego dopuścić, żeby dziecko chodziło i spadło ze stołu? Pani powinna pilnować dzieci”.

I mówię dalej: „Bo wiesz Kasiu Pani E bardzo Was lubi i troszczy się o wszystkie dzieci w grupie, i jak o coś prosi to dlatego, żeby Ci się nic nie stało, bo dba o Twoje bezpieczeństwo. Pani E jest za Ciebie odpowiedzialna”.

Kasia na to: „Mamo, Ty jesteś za mnie odpowiedzialna”.

„Tak ja jestem za Ciebie odpowiedzialna, a w przedszkolu, kiedy mnie nie ma, odpowiedzialna jest Pani E i dlatego jak prosi o zejście ze stołu to trzeba posłuchać”.

Chwilę później śpią. Jak aniołki. Niezwykłe aniołki bo z kolorowymi paznokciami…

Złość, ból i lęk – niezła „wanna uczuć”

Na koniec naszła mnie taka refleksja, że nie zabiorę tego bólu Kasi z naruszenia jej własności, z mojej perspektywy „mało poważnego”, ale z jej bardzo ważnego. Nie zabiorę tego jej dziecięcego cierpienia z zabrania tego, co dla niej ważne, decydowania za nią o jej rzeczach. Nie zabiorę tego lęku, że ukochana Pani być może już jej nie lubi. Mogę ten ból i lęk ukoić, nawet jak wydaje się dziecięcy i śmieszny. Mogę ten ból zrozumieć i uszanować. Mogę pozwolić przeżywać jej żal po stracie: stracie kart, ale co ważniejsze stracie sympatii ukochanej nauczycielki.

Być może jutro już nie będzie o tym pamiętać, ale dla niej liczy się tu i teraz. Jej przeżywanie i radzenie sobie z tym, co nie mieści się w jej „wannie uczuć”.