Jesteśmy w Krynicy, u dziadków. Rano narty, popołudniu zabawa z kuzynami: jeden ma 7, drugi 9 lat. My na górze, dzieci na dole. Trochę się martwię, bo moje dziewczyny to takie raczej energiczne, z różnymi pomysłami, chłopaki również. Zastanawiam się co będzie z takiej mieszanki. Mąż mówi: „zostaw ich, niech się bawią, nic im nie będzie”. Ma rację. Odpuszczam. Włączam komputer i pracuje. Nauczyłam się wykorzystywać każdą wolną chwile bez dzieci, zwłaszcza, że wiem, że one świetnie się bawią. Niech zacieśniają więzy rodzinne. Nie wiadomo kiedy przyjedziemy tu kolejny raz.

Słyszę płacz. Nadstawiam uszu. To Kasia (6 lat) idzie na górę po schodach i wyje w niebogłosy.

Różne zeznania

Pytam: „Co się stało?”. Niestety nie słyszę, bo płacz nie pozwala jej wyraźnie mówić.

Ale zaraz za Kasią kroczy całe zgromadzenie, czyli moja Zosia i dwóch kuzynów. Przekrzykują się w wyjaśnieniach co się stało. Biorę Kasię na ręce, czekam, aż się wypłacze. Słyszę w końcu:

„On (ten 7 lat) uderzył mnie w pupę”.

Na co w tym samym momencie słyszę kuzynów: „Ale to było niechcący”,

Kasia: „to było chcący!! Łeeeee!!”.

Odezwał się starszy: „ciocia, to było niechcący. On (ten młodszy kuzyn) chciał uderzyć w poduszkę, a Ania była obok! I niechcący….”

„Nie!!!” krzyczy Zosia przerywając w pół zdania, „bo K (starszy kuzyn) kazał Kasi uderzyć A (młodszego kuzyna)!!”.

Moje rozterki

Słucham uważnie, tak by każdy mógł powiedzieć swoją wersję zdarzeń, aby czuł się wysłuchany. Patrzę im w oczy i kiwam głową ze zrozumieniem. Myślę sobie, robi się skomplikowanie, ktoś kogoś kazał uderzyć, ten mówi, że: „nie, nie kazałem”, Kasia, że chcący ją uderzył, ten że niechcący. A nade wszystko widzę te przerażone oczy chłopca, który patrzy na mnie błagalnie i zdaje się mówić: „ciocia, ja nic nie zrobiłem”.

„No i co zrobić? – pytam siebie. 4 wersje zdarzeń, jak uwierzę kuzynom, skrzywdzę Kasię, jak uwierzę Kasi, skrzywdzę ich, oczywiście patrząc z ich perspektyw. A w środku, aż się uśmiecham do siebie, bo czuję się jak sędzia, który w chaosie słucha zeznań, sprzecznych ze sobą, a dzieci w strachu oczekują na werdykt. Tak jakby ich dalsze życie zależało teraz ode mnie, one czekają na mój ruch i decyzje. Poczułam jaką my, rodzice mamy władzę nad dziećmi, jak możemy ją źle wykorzystać, jak one nam ufają, że postąpimy słusznie i sprawiedliwie w każdej sytuacji. Na rękach mam ofiarę – płaczącą córkę, a przed sobą skruszonego winowajcę – 7 letniego chłopca ze strachem w oczach. Jak tu nikogo nie skrzywdzić?

Przyjąć emocje dziecka

Mówię do Kasi: „Wiem, że Cię boli, jak ktoś Cię uderzy chcący czy nie chcący, to może boleć. Tak mi przykro”. I przytulam. Cóż więcej mogę zrobić? Przytulić i ukoić ból dziecka. Uszanować uczucia, uznać je za fakt, no bo przecież są. Nie będę mówić, że nie boli, bo przecież boli i płacze. Nie będę mówić, że nic się nie stało, bo przecież się stało – ktoś ją uderzył. Nie będę mówić, że zaraz przejdzie – bo przecież nie jestem wróżka i nie wiem czy przejdzie czy nie. Nie będę mówić, przeproście się i  bawcie się dalej ładnie, bo co to znaczy ładnie? Nie będę mówić, że mnie to nie obchodzi i niech się dogadają sami, bo przyszli do mnie, wiec pewnie nie umieli się dogadać dostępnymi im sposobami… A zatem co będę mówić?

Co robić gdy dzieci się kłócą

Patrzę na te dzieci, które cały czas  jeden przez drugiego mówią co się stało, tak jakby chcieli dostać jak najmniejszy wyrok. Nie wiedząc jaki werdykt wydać i co mówić, pytam:

„Czy dzieci w tym pokoju mają mózg w głowie? (pisząc to myślę sobie, że mogłam jakieś lepsze pytanie zadać, ale wtedy tylko takie przyszło mi do głowy).

Na ich twarzach konsternacja. Pewnie sobie myślą: „co z tą ciotką jest nie tak?, miał być werdykt, może kara, a ta pyta o mózg! Dziwna ciotka…”. A ja wiem, że dzieci lubią pytania i zagadki, i chórem krzyczą: „Taaaakkk!!”.

Pytam dalej: „A do czego służy mózg?”.

Zadziwienie na ich twarzach. Ciotka dalej zadaje dziwaczne pytania. Zamiast rozstrzygnąć sprawę, robi quiz o mózgu… Ale dla mnie, ważne jest to, że na twarzy winowajcy coraz mniejszy strach, a większe zaciekawienie. Kasia jakby mniej na tych mych rękach płacze. Jeszcze nie odpowiada na moje pytania, ale zaczyna słuchać i patrzeć co się dzieje. Z trudem powstrzymuję uśmiech.

Pada odpowiedź: „Do myślenia!”. Mówię: „Tak, do myślenia. Cieszę się, że tak dużo już wiecie”.

Pytania angażują, zwłaszcza dzieci

Zadaję kolejne pytanie: „To pomyślcie teraz chwilkę i powiedzcie mi czy wolno bić inne dzieci?” Chórem odpowiadają: „Nieeee!!!”.

Mówię: „I ja się z Wami zgadzam, że nie wolno bić, ani dzieci, ani nikogo”.

Pytam dalej: „To powiedzcie mi teraz co trzeba zrobić jak ktoś namawia Was do tego, żeby uderzyć inne dziecko?”.

I słyszę: „Trzeba powiedzieć, że nie wolno!”, „Można powiedzieć STOP!”, „Nie wolno się na to zgodzić!”.

Mówię do nich: „Macie rację. Tak właśnie trzeba powiedzieć. Każdy ma swój mózg i może myśleć. Tak?”. Chórem krzyczą: „Taaaak!!!” Myślę sobie: „Super, wciągnęłam ich do rozmowy”.

Pytam dalej, żeby im się utrwaliło: „To, co teraz zrobicie, jak ktoś Wam powie, żeby uderzyć inne dziecko?” Znowu krzyczą chórem: „Powiemy, że nie wolno bić”.

Mówię: „Właśnie tak trzeba powiedzieć i …” i nie zdążyłam powiedzieć nic więcej. Odwrócili się i pobiegli na dół bawić się dalej. Chyba uznali, że sprawa załatwiona. Kasia wciąż na rękach, już nie płacze. Myślę, będzie kłopot, bo przecież jeszcze nie załatwiłam jej sprawy „pobicia”. Zobaczyła, że reszta załogi pobiegła, zdążyła mi powiedzieć: „Mamo, puść mnie” i pobiegła za nimi.

Trochę mam wyrzuty sumienia, że nie odniosłam się do tego, że została uderzona. Ale myślę sobie, że skoro dzieci uznały, że sprawa załatwiona, a Kasia też nie wniosła sprzeciwu, to nie ma co się martwić. Zastanawiam się czy sprawa zaraz nie ożyje. Ale, nie. Jest  18.48 (godzinę późnej) i spokój, bawią się dalej.

Pytania uczą samodzielnego myślenia

Coś mi się wydaje, że to rzeczywiście było niechcący. Oczywiście mogło Kasię boleć, ale najbardziej to się cieszę, że nie musiałam wydawać werdyktu. Tak się cieszę, że nie zdążyłam nikogo ocenić, oskarżyć, osądzić, nadać łatki, przypiąć etykietki, prawić morałów, zajmować pozycji, tłumaczyć, przekonywać. Cieszę się, że w ostatniej chwili wpadły mi głowy te pytania. Po raz kolejny przekonałam się jaką one mają moc. I to nie tylko na sali szkoleniowej, gdzie jako trener mnóstwo ich zadaję, ale także w domu, w relacjach z dziećmi. A cudowne jest to, że te dzieci z taką radością, motywacją i pozytywną energią reagują na te pytania. A może i one z tej sytuacji coś zapamiętają? Wystarczy, że zostanie z nimi to, że mają mózg, służy on do myślenia, mogą myśleć samodzielnie i na pewne rzeczy się nie zgadzać.

Zdjęcie należy do Ania Chmiel