Zapalenie spojówek. Siedzę i pracuję w domu. Babcia z Kasią jedzie na gimnastykę. Po Zosię poszedł tata. Otwierają się drzwi. Oj, chyba się zdrzemnęłam, miałam tylko zakropić oczy, jednak trochę bolą przy tym zapaleniu. Wbiega Zosia i z radością oznajmia: „Mamo jestem! Wróciłam!”. Szybko wstaję, aby się z nią przywitać. Wpada mi w ramiona. „Ja też się cieszę się, że jesteś” – odpowiadam. Pomagam się jej rozebrać – widzę jaka jest radosna. Myślę: „będziemy mieć fajne popołudnie”.

Minutę później mówię: „Zosia, chodź umyć ręce” i otwieram drzwi do toalety. Wtedy wszystko się zaczęło…

O złości nie wiadomo skąd…

„Nie, nie chcę tutaj! Chcę w salonie!” (mamy aneks kuchenny) – mówi do mnie.

„Zosia, ale tam jest pełno garów w umywalce i ciężko Ci tam dosięgnąć” – podaję racjonalne argumenty. Niestety nie przemówiły do mojej córki. Powinnam była zauważyć, że emocje już biorą górę i zaczyna brakować dostępu do Kory Nowej.

„Ale ja chce w salonie! Nie chcę tutaj” mówi do mnie.

„Ale Zosiu…”. Zreflektowałam się: „widzę, że nie lubisz tutaj myć rąk, wolisz w salonie”. Ciekawe dlaczego – myślę sobie?.

Idziemy do salonu. Odkręcam wodę (ciepłą oczywiście) i myślę, że już sytuacja została opanowana. A tu wrzask: „Nie chcę ciepłej, chce zimną!”. Przekręcam na bardziej zimną. A tu znowu wrzask: „Leci ciepła, a nie zimna. Łeeeeeeee!!”. Czuje, że zaczyna mi się ta jej złość udzielać.

Mówię „Zosiu przekręciłam na zimną, widocznie w kranie jeszcze zostało troszkę ciepłej i właśnie spływa. Zaraz będzie lecieć zimna”.

„Nie, bo leci ciepła cały czas!!” woła nadal.

Odpowiadam (znowu racjonalnie): „Te Twoje rączki są już chyba czyste, skończymy mycie”.

„Nie, ja jeszcze nie umyłam. Chce jeszcze umyć!!”, wciąż obstaje przy swoim.

Złości ciąg dalszy

„Dobra, to liczę do 5 i zakręcam wodę”, próbuje znaleźć wyjście z sytuacji. Niezbyt chętnie, ale zaakceptowała decyzję. Myślę „uff”… Chyba etap złości zakończony. Ale nic z tego. Wyciera ręce, rzuca się na ziemię i wyje w niebogłosy. Aż się sama przestraszyłam, pytam: „Zosia, co się stało?” „Bo ręce nie chcą mi się wytrzeć i są mokre. Łeeee!!!”. Myślę: „Boże, dodaj mi cierpliwości. Naprawdę można robić awanturę  o takie rzeczy?”.

Mówię: „Zosia, to chodź do łazienki, tam jest grubszy ręcznik i lepiej sobie wytrzesz”.

„Nie, nie da się. Łeeee. Nie chcą się wytrzeć!” i płacze coraz bardziej.

„No to, co teraz zrobisz?” pytam, przypominając sobie, że przecież nie muszę jej dawać rozwiązań, że najpewniej ma jakiś pomysł na tę sytuację. „Chce umyć ręce jeszcze raz!”, woła do mnie. Tego się nie spodziewałam. O nie, myślę sobie. Drugi raz tej akcji nie zniosę. „Dobrze, ale w toalecie”. Myślę, koniec Twoich rządów. Teraz ja dyktuje warunki. Jednak i ja pozwoliłam by złość mną zawładnęła. Niestety. I to był błąd, ogromny. Dopiero teraz zaczęła się jazda.

Ja – cały czas w swojej racjonalności, ona – w emocjach. Ja do niej mówię z Kory Nowej, ona reaguje z „układu limbicznego”. Ja z piętra mózgu, ona z parteru (odsyłam do tekstu „Ja chciałam wygrać”). Jak serce i rozum. Nic dziwnego, że nie mogłyśmy się dogadać.

A jednak przyjąć emocje dziecka…

W pewnym momencie Zosia rzucała się po podłodze, a ja siedziałam, patrzyłam i zastanawiałam się: „Zosiu, jak Ci pomóc?, jak pomóc nam obu? Co robić?”. Zanim znowu zaczęłam z nią rozmawiać, najpierw sama się uspokoiłam. Trudne to było, bo odniosłam wrażenie, że im dłużej milczę, tym gorzej to na nią działa. Przekonałam się, że te metody, które każą ignorować napad złości dziecka nie są za dobre. Dziecko w końcu się uspokoi, ale wiem, że pomagając mu w odpowiedni sposób można go uspokoić szybciej. Gdybym od razu zrobiła to, co zrobiłam później pewnie do całej „akcji” by nie doszło. Albo skala byłaby mniejsza. Dopiero, kiedy naprawdę zaczęłam jej słuchać, nazywać emocje, które przeżywa, zaprosiłam ją do kontaktu, przytuliłam, kiedy poczuła akceptację jej emocji, potrzeb, dopiero wtedy możliwe stało się porozumienie pomiędzy nami. Trwało to kilkanaście minut. Dowiedziałam się nawet dlaczego nie chce myć rąk w toalecie: „Bo tam leci mało wody” (mąż dawno temu przykręcił strumień, bo woda pryskała po całej łazience). Nawet dla mnie był to dość solidny argument, by nie myć tam rąk.

Później – przed kolacją – kiedy umyła ręce w toalecie (gdzie leci mało wody), uśmiechnęła się do mnie i mówi: „Mamo, umyłam ręce i byłam spokojna”. Przytuliłam ją ze łzami w oczach. Cieszę się, że obie wyciągnęłyśmy wnioski z tej lekcji. Każda dla siebie i każda po swojemu.